sobota, 29 października 2011

Sałatka nordycka

Ostatnio kilkoro znajomych powiedziało mi, że prezentuję na blogu same kaloryczne potrawy. Zapytali, kiedy przygotuję jakąś sałatkę. Zatem dziś będzie sałatka nordycka. Jedna z moich ulubionych. Świetnie nadaje się na przystawkę lub na lekki obiad. Jest też bardzo prosta w wykonaniu i przygotowanie nie zajmuje wiele czasu. I ma fantastyczny smak.

6 porcji sałatki nordyckiej
Składniki:

sałata
śledzie w occie
wędzony łosoś
pomidor
świeży ogórek
sos vinegret (oliwa, sok z cytryny, sól, pieprz, odrobina musztardy)
majonez

Na liściu sałaty ułożyć plaster łososia oraz plaster śledzia. Ryby przykryć plasterkami pomidora i ogórka. Można także dodać jajko na twardo - również pokrojone w plasterki (ja wolę wariant bez jajka). Polać wszystko sosem vinegret oraz zrobić kleks z majonezu (mała łyżeczka w zupełności wystarczy). Przykryć drugim liściem sałaty i znów ułożyć ryby i warzywa oraz polać sosem i ozdobić majonezem. Jest to porcja dla jednej osoby, bowiem sałatkę je się nakładając na talerz całą taką dwuwarstwową konstrukcję, którą kroi się jak tort - przez obie warstwy.
Moja mama na każdej z warstw kładzie jeden gatunek ryby - na dole śledzie a na górze łososia, ja jednak wolę, aby oba gatunki ryby były na obu warstwach.
Polecam nie tylko wielbicielom ryb.

poniedziałek, 24 października 2011

Kotlety po kowalsku

Kotlet schabowy uchodzi za typowo polskie danie. Zwłaszcza z ziemniakami i zasmażaną kapustą. Kojarzy mi się jednak zwłaszcza z zimową porą. Może dlatego, że zasmażaną kapustę robi się zazwyczaj wtedy, kiedy mniej jest świeżych warzyw i kiedy organizm zaczyna potrzebować bardziej kalorycznych potraw na chłodniejsze dni. Jest to też obiad, który bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem. Moja mama przygotowywała najczęściej klasyczne obiady, zaś jej schabowe były grube, ale jednocześnie miękkie i soczyste. Sama ostatnio rzadko smażę kotlety schabowe, a dziś postanowiłam przygotować je trochę inaczej, według receptury, której nauczył mnie mąż. Dziś sam już nie wie, skąd zna ten przepis. To kotlety po kowalsku, czyli doskonała propozycja dla wszystkich, którym znudziły się klasyczne schabowe.
Bazą dla tego dania są tradycyjne kotlety schabowe. Ja mięso nacieram solą, pieprzem i majerankiem i dopiero obtaczam w jajku i bułce tartej. Gdy kotlety będą się smażyć, na oddzielnej patelni należy podsmażyć pokrojoną w kostkę cebulę i  gdy będzie miękka i rumiana położyć ją na kotlety (pod koniec ich smażenia). Na cebulę nakładamy jeszcze po łyżeczce majonezu i keczupu i wszystko posypujemy tartym żółtym serem. Smażymy jeszcze chwilę pod przykryciem, aby ser się roztopił i podajemy np. z frytkami lub opiekanymi ziemniakami. W internecie można znaleźć różne inne warianty kotletów po kowalsku - z dodatkiem szynki, pieczarek czy curry. Ponieważ nie znam rodowodu tej potrawy, trudno mi powiedzieć, który przepis jest najbardziej zbliżony do oryginału. Kotlety mojego męża smakują wszystkim, nawet naszym rodzicom, których nie zawsze łatwo jest przekonać do kulinarnych nowinek.
Oj, chyba faktycznie idzie ochłodzenie...

niedziela, 23 października 2011

Bemowski Jarmark Ludowy w parafii Św. Łukasza Ewangelisty

Rękodzieło w karmelu - lizaki z Hajnówki

Miesiąc temu pod bemowskim ratuszem odbył się piknik kulinarny pod nazwą "Smaki Mazowsza". Myślałam wówczas, że zastapił on podobny festyn, który co roku w zbliżonym terminie odbywał się w pobliskiej parafii Św. Łukasza Ewangelisty. Tymczasem parafialny Bemowski Jarmark Ludowy, nieco przesunięty w czasie, odbył się dzisiaj. Stoisk było niestety dużo mniej niż na imprezie zorganizowanej przez samorząd, ale i teren, na którym były wystawione jest dużo mniejszy niż pod ratuszem. Przeważało rękodzieło, ale było także trochę wystawców z żywnością. Były m.in. trzy stoiska z serami (jedno tradycyjnie już z serami korycińskimi oraz dwa z góralskimi) i podobna mniej więcej liczba sprzedawców wędlin. Królowały jednak wszelkiego rodzaju słodkości, których bardzo brakowało podczas pikniku samorządowego. Były liczne ciasta, ale także wykonane ręcznie według tradycyjnej receptury lizaki aż z Hajnówki. Zachwycały nie tylko kształtami i kolorami (były barwne koguty, muchomory, kwiaty i czerwone serduszka), ale także smakiem przywodzącym na myśl lizaki, które pamięta się z dzieciństwa. Bez konserwantów i chemii.
Stoisko pod patronatem parafii Św. Łukasza Ewangelisty
Domowe ciasta oferowało stoisko pod patronatem parafii Św. Łukasza Ewangelisty. Słodycze piekły parafianki. Niektóre z ciast były niezwykle pracochłonne. Były nawet babeczki, które samodzielnie upiekł ok. dziesięcioletni chłopiec. Wszystkie można było kupić zarówno na wynos, jak i skosztować na miejscu, bowiem stoisko było zaopatrzone w papierowe talerzyki, a nawet w termosy z kawą i herbatą do ciasta. Na stoisku parafialnym można było także kupić domowe pierogi, które również dostępne były i na wynos, i odgrzewane bezpośrednio na miejscu. Na gorąco można było zjeść także karkówkę z grilla. Pachniała przepysznie, jednak skusiłam się na pierogi oraz cztery kawałki bardzo smacznych ciast. Cały dochód ze sprzedaży wyrobów kulinarnych dostarczonych przez parafian będzie przekazany na budowę kościoła (stary zabytkowy drewniany kościółek spalił się w 2004 r.).
Słodkie cegiełki na budowę kościoła to parafialna tradycja. Przed każdymi świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy prowadzona jest sprzedaż ciast i wyrobów z czekolady. Początkowo piekły je parafianki jak na dzisiejszy piknik, jednak zainteresowanie było tak ogromne, że obecnie wypieki zamawiane są w jednej z warszawskich cukierni - od lat w tej samej i są tak fantastyczne, że dziś już nie potrafię sobie wyobrazić Wielkanocy bez mazurka kajmakowego kupionego w kościele.

sobota, 22 października 2011

Czas jesiennych ognisk

Jesień ma dla mnie smak dojrzałych jabłek i słodkich śliwek. Ma też zapach ogniska z palonych, dopiero co zgrabionych liści. W takim ognisku cudownie pieką się ziemniaki i kiełbasy na patyku. Można na nim także ugotować lub tylko podgrzać zupę!

Tradycyjna kiełbasa z ogniska
Zupa gotowana na ognisku
Jednak moją ulubioną potrawą z ogniska jest tzw. kociołek. Nie wiem dokładnie, z jakiej części Polski moda na kociołki przywędrowała na Mazowsze, ale chyba ze Śląska. W moim menu zaistniał dzięki koledze z Lublina. Danie nie jest skomplikowane, ale trochę pracochłonne. W żeliwnym naczyniu nasmarowanym tłuszczem i wyłożonym liśćmi kapusty układa się naprzemiennie pokrojone w plasterki ziemniaki, marchewkę, wędzony boczek (boczek kroję w kostkę, choć można wkładać go do naczynia także w plastrach), cebulę i kiełbasę, następnie znów ziemniaki itd. aż kociołek będzie pełny. Od góry również trzeba przykryć liśćmi kapusty i dopiero pokrywką. Poszczególne warstwy soli się. Dodatkowo można użyć także pieprzu lub ziół (do posypania ziemniaków idealnie nadaje się rozmaryn). W sklepach są specjalne przyprawy do kociołków, ale ja staram się nie używać tego typu gotowych mieszanek. Moja koleżanka, która pochodzi z miejscowości położonej na pograniczu Zagłębia Dąbrowskiego i Małopolski (a więc w rejonie, gdzie najpewniej narodziła się ta potrawa) mówiła mi, że w jej stronach jedną z warstw stanowiły dodatkowo buraki, ale ja nigdy nie próbowałam ich dodawać do swojego kociołka. Czas trzymania kociołka w ognisku (najlepiej w żarze) zależy od wielkości naczynia. Nasz kociołek jest nieduży, więc wystarczy ok. 20-30 min. Większe gotuje się nawet do 1-1,5 godz. Na rynku dostępne są rozmaite żeliwne naczynia - kociołki specjalnie do gotowania potraw w ognisku. Wspomniana koleżanka opowiadała mi, że w jej stronach używano zwykłych garnków, w których warzywa i wędliny przykrywano najpierw papierem, a następnie darnią (ziemią do góry) i pod taką przykrywką wkładano do ogniska. To bardzo ciekawe i pionierskie rozwiązanie.

Kociołek tuż po wyjęciu z ogniska
Przed podaniem trzeba w kociołku wymieszać wszystkie warstwy
Małopolska wersja kociołka przykrytego darnią
W Małopolsce jedną z warstw kociołka stanowią buraki
Ognisko może być również fantastyczną alternatywą dla grilla. A to za sprawą rusztu przypominającego barbecue (barbeque). Ruszt stawia się nad delikatnym płomieniem i na nim można kłaść wszystko to, co zazwyczaj przygotowujemy na grillu: kiełbasy, kaszanki, karkówkę, ryby czy żeberka. Potrawy mają jeszcze lepszy smak niż te grillowane, bowiem uzyskują specyficzny "dymny" aromat. I są dużo zdrowsze, ponieważ pieczone na drewnie.

Nasze ogrodowe barbecue
Na ognisku nie może zabraknąć również słodyczy. Na deser najlepiej nadają się znane szczególnie z amerykańskich filmów pianki marshmallows. Są potwornie słodkie, ale przepyszne. Ja najbardziej lubię te, które można kupić w sieci sklepów Lidl podczas dni poświęconych kuchni amerykańskiej (zazwyczaj w czerwcu). Zawsze kupuję większy zapas, aby wystarczyły na całe lato. Tegoroczne lato było deszczowe, więc nie paliliśmy wielu ognisk, dlatego dziś, na pożegnanie sezonu działkowego pianki musiały być obowiązkowo.

Pyszne pianki marshmallows

niedziela, 16 października 2011

Holenderski stamppot

Moja przyjaciółka spędziła niedawno dwa tygodnie w Holandii i przywiozła stamtąd mnóstwo kulinarnych souvenirów. Kiedy umówiłyśmy się na obiad pomyślałam sobie, że skoro mamy degustować holenderskie sery i słodycze, to może przygotuję obiad po holendersku. Niestety kuchnia tego kraju nie jest zbyt popularna w Polsce, więc sporo się naszukałam ciekawych przepisów. Przypomniałam sobie, że lata temu w magazynie "Podróże" Marek Łebkowski prowadził kolumnę pt. "Świat od kuchni", a w niej ciekawe i często humorystyczne kulinarne felietony z podróży po świecie uzupełnione przepisami na potrawy charakterystyczne dla danego kraju. Przez kilka lat gromadziłam te przepisy w jednym z moich segregatorów z przepisami z gazet i teraz wycinek o kuchni holenderskiej (z 2003 r.) przydał się jak znalazł.
Spośród czterech przepisów wybrałam stamppot, który jest narodowym daniem w Holandii. W uproszczeniu można powiedzieć, że to pure ziemniaczane z dodatkiem... no właśnie czego? W przepisie przytoczonym przez Marka Łebkowskiego jest jarmuż, ale przeglądając przepisy na stamppot w internecie spotkałam także wersje z innymi "zielonymi" warzywami. Była kapusta pekińska, zwykła biała kapusta, szpinak, a nawet cykoria. Niestety nie miałam kogo zapytać o oryginał, więc zrobiłam tak jak w przepisie - z jarmużem.

Składniki na 4-6 osób:

1,5 kg ziemniaków
60 dag jarmużu
40 dag cebuli
włoszczyzna
60 dag surowego boczku
40 dag wędzonej kiełbasy
2 liście laurowe
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka przecieru pomidorowego
10 dag masła
sól
pieprz

Włoszczyznę, cebulę i ziemniaki umyć, obrać, opłukać. Cebulę pokroić na plastry. Boczek zrumienić ze wszystkich stron, zdjąć z patelni, na wytopionym tłuszczu zrumienić połowę cebuli, przełożyć ją do garnka, dodać boczek, kiełbasę, włoszczyznę, liście laurowe i przecier. Zalać 1 l wody i gotować 1 godz. na małym ogniu.
Boczek i kiełbasę wyjąć i pokroić na kawałki. Wywar przecedzić, mocno odciskając warzywa, odparować do objętości 300 ml, doprawić, dodać mąkę rozpuszczoną w 3 łyżkach zimnej wody i gotować aż sos zgęstnieje.
Ziemniaki, pozostałą cebulę, opłukany jarmuż zalać wrzątkiem, osolić, gotować 20 min., odcedzić, utłuc i wymieszać z masłem.
Na talerzach kłaść porcje ziemniaków, robić w nich wgłębienie, wlewać w nie sos. Podawać z kiełbasą i boczkiem. 


Zazwyczaj, gdy odwiedzają nas goście do obiadu serwuję wino. Jednak do tej potrawy lepiej niż wino smakuje piwo. Holenderskie, oczywiście.

sobota, 8 października 2011

Smaki dzieciństwa: zapiekanka mojej mamy

Każdy ma chyba takie smaki, które zawsze kojarzą się z dzieciństwem i maminą kuchnią. Dla mnie taką potrawą jest zapiekanka z kurczakiem, pieczarkami i curry. Mama nazywała ją "risottem", choć nie ma ona nic wspólnego z techniką przygotowania oryginalnego włoskiego risotta, jednak jej podstawowym składnikiem jest ryż. Zapiekanka robiona przez mamę prawie zawsze zapowiadała wizytę gości, ponieważ najczęściej mama robiła ją, gdy rodziców odwiedzali znajomi. A my z siostrą z utęsknieniem czekałyśmy na te dni, bowiem było to jedno z naszych ulubionych dań. Moja siostra do dziś przybiega do mnie zawsze, kiedy robię tę zapiekankę. Dziś śmiała się, że chyba czytam w jej myślach, bo wczoraj akurat miała ogromną ochotę na tę zapiekankę naszej mamy.

Do jej wykonania potrzebne są:

1,5 szklanki ryżu
4 udka kurczaka
2 cebule
ok. 0,5 kg pieczarek
curry
sól
pieprz
miękki żółty ser
Ryż trzeba ugotować, zaś udka, cebulę i pieczarki usmażyć. Usmażone udka pokroić i wymieszać z ryżem, cebulą i pieczarkami. Do smaku przyprawić solą, pieprzem i curry. Ilość curry zależy od preferencji osoby, która przygotowuje zapiekankę. Ja wolę więcej, żeby była bardziej aromatyczna. Robię tę zapiekankę od lat i ostatnio odnoszę wrażenie, że curry dostępne na polskim rynku jest zwietrzałe i bez smaku. Kiedyś wystarczyły dwie łyżki i zapach przyprawy czuć było w całym domu. Dziś dodałam dwie torebki dwóch różnych firm, aby uzyskać pożądany aromat, ale to i tak nie był ten smak, który pamiętam z dzieciństwa. Wówczas mama używała curry przywożonego z Francji. Miało mniej kurkumy, więc było bardziej brązowe niż żółte i było naprawdę intensywne w smaku. Tylko raz udało mi się kupić podobne - przywiozłam je z wakacji w Egipcie (kupiłam na bazarze w Kairze odważane bezpośrednio z worka, a nie porcjowane w papierowe torebki). 
Gdy wszystkie składniki będą wymieszane, całość trzeba przełożyć do żaroodpornego naczynia i posypać tartym żółtym serem. I znów ilość sera jest zależna od tego, czy ktoś woli więcej czy mniej. Ważne, aby ser przykrywał cały ryż, bo gdy się roztopi utworzy od góry smaczną ciągnącą warstwę. Zapiekać w piekarniku nagrzanym do 180 stopni ok. 30-45 min.



Mama miała rację: zapiekanka idealnie sprawdza się podczas kameralnych przyjęć. Kameralnych, ponieważ jedno pełne naczynie żaroodporne wystarczy dla 4-6 osób w zależnosci od apetytu. 

niedziela, 2 października 2011

Pełna witamin sałatka owocowa

Gdy ze wszystkich stron atakują wirusy, trzeba jeść jak najwięcej witamin. I najlepiej wcale nie takich z apteki, tylko zawartych w świeżych owocach. Najlepsze są polskie owoce sezonowe jak śliwki czy świeże jesienne jabłka. Ja jednak dziś zatęskniłam za egzotycznymi smakami lata i postanowiłam zrobić sałatkę owocową.
Nigdy nie przepadałam za sałatkami owocowymi, bo zazwyczaj były to po prostu pokrojone w kostkę lub plasterki i wymieszane owoce południowe. Jednak kiedy byłam jeszcze w liceum jedna z moich przyjaciółek na któreś swoje urodziny czy imieniny przygotowała sałatkę owocową, której smak na długo zapadł mi w pamięć. Niby taka sama jak wszystkie, a jednak... Okazało się, że diabeł tkwił w sosie! Tak na prawdę przecież przy tego typu sałatkach panuje bardzo duża dowolność, jeśli chodzi o dobór i proporcje owoców.

Ja dziś użyłam:

1 puszkę ananasów
1 puszkę brzoskwini
3 banany (dodaje się je na samym końcu, bo bardzo ciemnieją)
1 jabłko
2 pomarańcze
3 owoce kiwi
płatki migdałów
orzechy włoskie
rodzynki.
















No i sos (w smaku przypomina deser zabaione):

3/4 szklanki przegotowanego i ostudzonego mleka (jeśli owoców jest dużo można dać więcej mleka, ale nie więcej niż szklankę)
2 żółtka
cukier lub miód do smaku (miód jest smaczniejszy i zdrowszy).

Wszystkie składniki zmiksować, wlać do owoców i wymieszać.

Pyszności!