sobota, 31 grudnia 2011

Sylwestrowe przekąski

Przed nami długa noc sylwestrowa. Jeśli w tym roku ktoś postanowił spędzić Sylwestra w domu, to bez względu na to, czy zaprosił gości, czy też Nowy Rok będzie witać tylko z najbliższą rodziną, powinien przygotować "coś na ząb". Na wszelkiego rodzaju przyjęciach najlepiej sprawdzają się przekąski. Nie wymagają długiego siedzenia przy stole, można je spożywać bez mała w biegu pomiędzy jednym tańcem a drugim.
U mnie w tym roku królują przekąski z brzoskwinią w roli głównej. Postawiłam na wypróbowane przepisy, które znam od lat.


Rożki z szynki z brzoskwinią

6 plastrów szynki
3 brzoskwinie z puszki
śmietana
chrzan
sól
pieprz
wykałaczki

Ubić śmietanę i dodać do niej łyżkę chrzanu. Brzoskwinie pokroić w kostkę i dodać do bitej śmietany z chrzanem. Doprawić do smaku solą i pieprzem. Wymieszać.
Plastry szynki zwinąć formując rożki i spiąć je wykałaczkami. Każdy rożek napełnić masą z bitej śmietany z chrzanem i brzoskwiniami.

Brzoskwinia pod tuńczykową kołderką

8 brzoskwiń z puszki
2 puszki tuńczyka w sosie własnym
2 łyżki majonezu
sól
pieprz
cukier
natka pietruszki

Tuńczyka odsączyć, przełożyć do miseczki, dodać 2 łyżki majonezu, doprawić do smaku solą, pieprzem i odrobiną cukru. Wymieszać.
Odsączone połówki brzoskwiń ułożyć na półmisku i na każdą z nich nałożyć łyżkę masy tuńczykowej. Można udekorować natką pietruszki.

Na przyjęciach zawsze doskonale sprawdzają się koreczki. Przygotowałam kilka rodzajów: z żółtym serem, kabanosem i oliwką lub ogórkiem kiszonym, z pomidorem i fetą oraz oczywiście z brzoskwinią z dodatkiem szynki i fety.


Szczęśliwego Nowego Roku!

wtorek, 27 grudnia 2011

W poszukiwaniu posiłku doskonałego

A. Bourdain "Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego", wyd. Carta Blanca, Warszawa 2011

W tym roku znalazłam pod choinką dwie nowe książki kucharskie. Na pewno w najbliższym czasie przetestuję kilka znalezionych w nich przepisów, a rezultaty oczywiście opiszę na blogu. Dziś jednak chciałam opowiedzieć o książce, którą skończyłam czytać krótko przed Świętami. Nosi tytuł "Świat od kuchni. W poszukiwaniu posiłku doskonałego". Autorem jest amerykański restaurator i prezenter programu kulinarnego Anthony Bourdain. Kręcąc program kulinarny jeździł po świecie próbując w różnych miejscach najdziwniejszych i najsmaczniejszych lokalnych specjałów. Brał udział w świniobiciu w Portugalii, odwiedził hodowlę ostryg we Francji (z pochodzenia jest Francuzem), pił wódkę z Rosjanami, gotował w San Sebastian, kosztował egzotycznej kuchni Wietnamu, Kambodży, Maroka i Meksyku. Odwiedził także jedną z najznakomitszych restauracji w USA znajdującą się w San Francisco i prowadzoną przez jednego z najlepszych amerykańskich szefów kuchni. Książka napisana jest dowcipnie, a opisy potraw powodują, że cieknie ślinka i człowiek ma ochotę natychmiast spróbować wszystkiego tego, co jadł autor.
W książce jest też przytoczona anegdota krążąca wśród szefów kuchni. Pytają siebie nawzajem jaki byłby ostatni posiłek, o który poprosiliby, gdyby zaraz potem czekała ich egzekucja na krześle elektrycznym. Odpowiedzi często są zaskakujące. Przy okazji sama zaczęłam się zastanawiać, o co ja bym poprosiła i jednocześnie, czy mi udało się już znaleźć idealny posiłek. Nie podróżuję w egzotyczne miejsca, więc smaków szukałam w polskiej kuchni. Wybór był trudny, a wynik zaskoczył mnie samą. Na pewno do posiłków idealnych zaliczyłabym wigilijną zupę grzybową, którą gotuje mój teść i którą jem tylko raz w roku jednocześnie cały rok na nią czekając, wołowinę w smardzach mojej mamy, krewetki w restauracji "Kuźnia Smaku", raki przygotowane na moje zamówienie w "Restauracji Polskiej Przy Trakcie". Jednak najcieplej wspominam bigos, który lata temu jadłam w schronisku na Klimczoku. Myślę, że był to bardzo przeciętny bigos, natomiast po kilku godzinach marszu po beskidzkich szlakach w zimny listopadowy dzień ten bigos był błogosławieństwem dla podniebienia. I będę tak o nim myśleć pewnie do końca życia.

Wigilijna zupa grzybowa

Raki - "Restauracja Polska Przy Trakcie"

Natomiast najbardziej niecodzienną potrawą, jakiej próbowałam było chyba mięso czapli. Jadam rozmaitą dziczyznę, jednak czaplę jadłam tylko raz w życiu. Zdarzyło mi się być na weselu w myśliwskim stylu i jednym z serwowanych tam dań była właśnie czapla. Delikatne białe mięso nie przypominało smakiem mięsa drobiu, a raczej delikatny schab.
Książkę polecam wszystkim łakomczuchom oraz wielbicielom odkrywania nowych smaków w trakcie dalekich podróży.

wtorek, 20 grudnia 2011

Wokół świątecznego stołu: keks

Pierwszą książką kucharską w moim życiu była niewielkich rozmiarów książeczka Wandy Piotrowiakowej pt. "Piekę ciasta i ciasteczka" (wyd. Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1989), którą mama kupiła mi na którymś z kiermaszów książki z nadzieją na dziewczęce zainteresowanie wypiekami. Choć nie bardzo lubię piec ciasta, jednak książeczkę mam do dziś i jeśli decyduję się na przygotowanie czegoś słodkiego, zawsze sięgam po jakiś przepis w niej zawarty. Przepisy są bardzo tradycyjne, a wykonane według nich ciasta przypominają te, które pamięta się z domu rodzinnego.
Ze wszystkich ciast z Bożym Narodzeniem najbardziej kojarzy się makowiec, ale ja zawsze piekę keks, który uwielbia większość mojej rodziny.


Składniki:

2 szklanki mąki
1/2 torebki proszku do pieczenia
1 torebka cukru waniliowego
4 1/2 jaja
1 szklanka cukru pudru
1 kostka margaryny
40 dag bakalii (rodzynki, orzechy, migdały, figi, cykata, suszone śliwki, smażona skórka pomarańczowa itp.) lub gotowa mieszanka keksowa
1/2 jaja do smarowania

Ja ostatnio dodatkowo dodaję niewielką ilość ekstraktu z naturalnej wanilii, który moja przyjaciółka przywiozła mi ze swojej niedawnej podróży do Meksyku.

Meksykański ekstrakt z naturalnej wanilii
Przesiać mąkę, zmieszać z proszkiem do pieczenia i cukrem waniliowym. Jaja rozmącić, dodać cukier, lekko podgrzać na parze i ubić. Utrzeć margarynę na pianę i nie przerywająć ucierania dodawać stopniowo masę jajową, mąkę i bakalie. Przełożyć ciasto do wyłożonej natłuszczonym i posypanym tartą bułką pergaminem blachy keksowej. Powierzchnię ciasta wyrównać, posmarować rozmąconym jajem, a następnie naciąć głęboko nożem umoczonym w tłuszczu w celu uzyskania grzbietu. Piec początkowo w średnio gorącym piekarniku (170 stopni C), a po 15-20 min. zmniejszyć temperaturę do 140 stopni i piec jeszcze 30-40 min. Upieczony i ostudzony keks wyjąć z formy razem z papierem.

Polecam serdecznie życząc zdrowych, spokojnych i przede wszystkim smacznych Świąt.

czwartek, 15 grudnia 2011

Wokół świątecznego stołu: norweskie śledzie w curry

Choć kilka lat temu Kościół zniósł post w Wigilję to jednak zwyczaj spożywania postnej wieczerzy wigilijnej jest bardzo głęboko zakorzeniony w ludzkiej świadomości. W moim domu rodzinnym zawsze tego dnia królują śledzie. Szczególnie lubię norweskie w zalewie z curry. W Norwegii jest to bardzo popularna potrawa, jednak każda gospodyni przyrządza ją według swojej własnej autorskiej receptury. Ten przepis mój tata przywiózł ponad trzydzieści lat temu z kilkudniowego pobytu w Norwegii. Mieszkał wówczas w prywatnym domu i właśnie u swoich skandynawskich gospodarzy po raz pierwszy spróbował śledzi w połączeniu z orientalnym curry. W tym czasie w Polsce królował śledź w oleju z cebulką i śledź w śmietanie. Śledź w curry stał się ciekawą odmianą i przez kilka następnych lat zachwycał wszystkich gości moich rodziców. Dziś mogę śmiało powiedzieć, że to nasza rodzinna potrawa przekazywana z pokolenia na pokolenie, bowiem dalej robi je moja mama, a ja odkąd wyprowadziłam się od rodziców sama bardzo często przyrządzam śledzie w curry wg norweskiej receptury i dziś już nie wyobrażam sobie, że mogłoby ich zabraknąć podczas wieczerzy wigilijnej.

Składniki:

½ kg śledzi solonych
1 cebula

Zalewa:
50 ml octu 10%
1 łyżeczka curry
200 g cukru
100 ml mleka
100 ml oleju

Ocet zagotować z dodatkiem cukru i curry. To nie pomyłka: cukru ma być 200 g. Rozpuści się w occie tworząc jednolitą masę.


Gdy wystygnie, dodać mleko i olej. Wszystko wymieszać.


Śledzie wymoczyć, następnie pokroić w małe kawałki. Cebulę pokroić w plasterki i ułożyć ze śledziami warstawami w naczyniu. Zalać przygotowanym wcześniej sosem.


Są to bez wątpienia moje ulubione śledzie i nie znam nikogo, kogo nie zachwyciłby ich smak. Polecam szczególnie na Wigilię. 



sobota, 10 grudnia 2011

Wokół świątecznego stołu: szczupak z jarzynami po polsku

Do Wigilii zostały już tylko dwa tygodnie. Witryny sklepowe dawno już mają świąteczne dekoracje, a w samych sklepach widać szał przedświątecznych zakupów. Najwyższy czas, aby zacząć myśleć o świątecznym menu. 
W czasie postnej wieczerzy wigilijnej nie może zabraknąć smażonej czy też pieczonej ryby. Tradycyjnie powinien to być karp, ja jednak proponuję szczupaka duszonego w warzywach. W smaku przypomina trochę rybę po grecku, ale serwowany na gorąco jest dużo smaczniejszy i na pewno będzie ciekawą odmianą od spożywanego co roku smażonego karpia. Przepis pochodzi z mojej ulubionej książki kucharskiej - "Najlepszych przepisów kuchni polskiej" Marka Łebkowskiego (Warszawa 2002).

Składniki na 4 porcje:

1 szczupak (ok. 1,2 kg)
1 marchewka
1 pietruszka
1/2 selera
1 kalarepka
2 cebule
1 łyżka mąki
50 g masła
po 4 ziarna ziela angielskiego i pieprzu
1/2 łyżeczki maggi
sól
pieprz mielony do smaku

Szczupaka sprawić, zdjąć łuskę, opłukać, pokroić na kawałki, usunąć ości, osolić i odstawić na 1 godz. Warzywa obrać, opłukać, pokroić w zapałkę, przesmażyć na 2 łyżkach masła, dodać posiekane cebule, wlać 100 ml wody i dusić 10 min. Do warzyw włożyć rybę, dodać 1 łyżkę masła, ziele angielskie, pieprz, sól, przykryć i dusić na małym ogniu przez 20 min. 1 łyżeczkę masła rozetrzeć z mąką i 2 łyżkami wody, dodać maggi, wymieszać i zalać szczupaka. Gotować 10 min. Wyłożyć na półmisek i polać sosem z warzywami.

Specjalistą od tej potrawy jest mój mąż. Szczupak wychodzi mu naprawdę fantastycznie, ale za każdym razem modyfikuje oryginalny przepis po swojemu nie chcąc jednak zdradzić tajników swojej własnej receptury.

wtorek, 6 grudnia 2011

Smaki dzieciństwa: tradycyjna sałatka warzywna

Tę sałatkę jadł chyba każdy! W czasach PRL-u była to właściwie chyba jedyna sałatka, która na polskich stołach pojawiała się podczas wszystkich ważniejszych uroczystości: świąt, imienin, chrzcin, komunii, nawet wesel. Kiedy Polska zaczęła otwierać się na wpływy z Europy do polskich kuchni zaczęły docierać także kulinarne nowinki, a wraz z nimi moda na wszelkie często bardzo wymyślne sałatki i ta klasyczna, z pogardą nazywana "rosołową", odeszła nieco w zapomnienie. Moim zdaniem zupełnie niesłusznie, ponieważ jest nie tylko bardzo smaczna, ale także pozwala zagospodarować warzywa, które po ugotowaniu zupy często były po prostu wyrzucane.

Do przygotowania najbardziej klasycznej wersji tej sałatki potrzebne są następujące składniki:

3 gotowane marchewki
2 gotowane pietruszki
1/2 średniego gotowanego selera (lub 1 mały)
2 średnie gotowane ziemniaki
1 puszka groszku konserwowego
1 jabłko
2 jajka ugotowane na twardo
2 ogórki kiszone
2 łyżki majonezu
sól
pieprz

Warzywa pokroić w kostkę. Jabłko i ogórki obrać ze skórki i również pokroić w kostkę. Jajka obrać ze skorupek i pokroić w kostkę. Groszek odsączyć i dodać do warzyw i jajek. Wszystko wymieszać, dodać majonez, doprawić solą i pieprzem.


Powyższy zestaw składników jest bardzo umowny. Ja zazwyczaj robię tę sałatkę z tego, co akurat mam w lodówce. Często dodaję paprykę konserwową zamiast ogórka kiszonego. Ostatnio zaś ugotowałam za dużo buraków i wpadłam na pomysł, aby je również dodać do takiej sałatki.  Wyszła fantastyczna, choć była to już całkiem inna sałatka...

niedziela, 4 grudnia 2011

Śląskie inspiracje na Barbórkę

Dziś Barbórka, Święto Górników, zatem doskonały dzień, aby zrobić obiad inspirowany kuchnią śląską. Najbardziej chyba rozpoznawalną potrawą z tego regionu są rolady z kluskami śląskimi i modrą (czerwoną) kapustą. Zanim sama zaczęłam robić taki obiad w domu, jadłam go tylko dwa razy - pierwszy raz na weselu w okolicach Gliwic, drugi raz w karczmie Ochodzita w Koniakowie w Beskidzie Śląskim. Danie pyszne i niezbyt trudne do samodzielnego wykonania, dlatego w mojej kuchni zadomowiło się na dobre. Poniżej podaję przepisy, z których ja korzystam przygotowując ten tradycyjny śląski obiad.

Rolady

Przepis inspirowany oryginalną śląską recepturą, jednak po kilku latach stosowania ulepszony według mojego własnego smaku.

Składniki na 4 porcje:

4 płaty mięsa wołowego, podłużne, najlepiej z udźca
4 plastry boczku wędzonego
1 ogórek kiszony
pół cebuli
musztarda
sól
pieprz
tłuszcz do smażenia

Mięso rozbić. Ogórek pokroić wzdłuż na ćwiartki, a cebulę w cienkie słupki. Każdy płat mięsa posmarować z jednej strony musztardą. Położyć na nim plaster boczku i posypać pieprzem oraz odrobiną soli (w zależności od tego jak bardzo słone są ogórki kiszone i boczek). Na krótszym brzegu ułożyć ćwiartkę ogórka oraz słupek cebuli i zawinąć. Związać nicią lub spiąć wykałaczką. Na patelni rozgrzać tłuszcz i obsmażyć rolady. Przełożyć do brytwanny lub naczynia żaroodpornego i piec w piekarniku w temperaturze 220 stopni aż będą miękkie (co najmniej godzinę), podlewając najpierw wodą, a potem sosem powstałym przy pieczeniu.

Kluski śląskie

Ponieważ w moim domu rodzinnym nigdy nie robiło się klusek śląskich, dlatego gdy ja sama robiłam je po raz pierwszy musiałam sięgnąć po gotowy przepis. Było to siedem lat temu. W miesięczniku "Kuchnia" trafiłam wówczas na artykuł pt. "Na heklowanym obrusie" (nr 10/2004) poświęcony kuchni śląskiej. Wg tego przepisu robię je do dziś.

Składniki na 3-4 porcje:

10 średnich ziemniaków
3 garście mąki ziemniaczanej
1 mała garść mąki pszennej
sól

Ziemniaki obrać, umyć i ugotować w osolonej wodzie. Przecisnąć przez praskę lub dokładnie ubić tłuczkiem i odstawić, aby trochę wystygły. Kiedy są jeszcze ciepłe, dodać mąkę ziemniaczaną, a jeśli ciasto będzie nadal wilgotne, to dodać również mąkę pszenną. Doprawić solą i wyrobić. Jeśli masa "nie będzie się trzymać", co zdarza się, gdy ziemniaki za bardzo wystygły, można dodać 1 białko z jaja. Uformować nieco spłaszczone kuleczki i z jednej strony zrobić palcem zagłębienie, w którym później zatrzyma się sos. W dużym garnku zagotować osoloną wodę i kiedy zacznie wrzeć wrzucać delikatnie po jednej klusce, a od momentu, kiedy wypłyną na powierzchnię, gotować je jeszcze przez 2-3 minuty.

Kluski śląskie pasują nie tylko do rolad, ale nadają się również idealnie na samodzielne danie. Wystarczy okrasić je podsmażonym na patelni boczkiem lub polać sosem grzybowym i będą gotowe do spożycia.

Modro kapusta

Czerwoną kapustę robię tak jak od niepamiętnych czasów przygotowywała ją moja mama. Nie jest to może zupełnie śląski przepis, ale zawsze bardzo ją lubiłam.

Składniki:

1 mała kapusta czerwona
sól
pieprz
kilka goździków
1 cebula
ocet
oliwa

Kapustę poszatkować, włożyć do garnka, zalać wrzątkiem, dodać goździki i sól i ugotować do miękkości. Odcedzić, ostudzić i skropić octem, aby kapusta "odzyskała" kolor. Dodać pokrojoną w kosktę cebulę i doprawić oliwą oraz pieprzem. Gdyby nie była dość słona można jeszcze dosolić.

Kuchnia śląska należy do moich ulubionych, dlatego pewnie częściej będę prezentować ją na moim blogu.


niedziela, 27 listopada 2011

Szwedzka sałatka śledziowa

Niedawno miałam przyjemność brać udział w uroczystej inauguracji działalności Fundacji Naukowej Norden Centrum zajmującej się rozwijaniem kontaktów pomiędzy Polską i innymi państwami Europy Środkowej i Wschodniej a krajami nordyckimi (Danią, Finlandią, Islandią, Norwegią i Szwecją). Uświadomiłam sobie przy okazji, że kuchnia skandynawska nie jest w naszym kraju na tyle popularna jak na to zasługuje, nie licząc szwedzkich produktów spożywczych dostępnych w sieci sklepów Ikea. Niektóre są naprawdę smaczne np. kabanosy i salami z mięsa renifera i łosia czy ikra ze śledzia. I wcale nie są to produkty dla turystów czy eksportowe. W Szwecji można je kupić w każdym supermarkecie.
Jednak w kuchni wszystkich krajów skandynawskich królują śledzie. Aby pozostać wśród szwedzkich kulinariów, proponuję dziś sałatkę śledziową rodem właśnie z tego kraju.

Składniki:

0,5 kg solonych filetów śledziowych
3 buraki
5 ogórków konserwowych
cebula

Na sos:

3 łyżki majonezu
pół szklanki kwaśniej gęstej śmietany
sól
pieprz
pół łyżeczki soku z cytryny
pół łyżeczki cukru

Filety śledziowe namoczyć, po kilku godzinach osuszyć i pokroić. Buraki ugotować i pokroić w kostkę. Ogórki pokroić w plasterki. Składniki sosu dokładnie wymieszać, połączyć osobno z burakami, osobno z ogórkami i włożyć na godzinę do lodówki. Cebulę pokroić w krążki. Na półmisku ułożyć pośrodku pokrojone w nieduże kawałki śedzie, a po bokach buraczki w sosie i ogórki w sosie. Całość posypać krążkami cebuli.

Przepis był publikowany w bezpłatnej gazetce rozdawanej w sieci nieistniejących już sklepów spożywczych Albert.

czwartek, 24 listopada 2011

Ryba w sosie z duszonych porów

Jutro piątek, a więc idealny dzień na rybę. Ostatnio trochę przejadła mi się klasyczna ryba smażona na patelni i wraz z mężem zaczęliśmy stosować trochę bardziej wymyślne przepisy oraz sami wymyślać rozmaite dodatki, które zwykłą rybę mogłyby zamienić w niecodzienny obiad. Bezkonkurencyjny był szczupak w warzywach przygotowany ostatnio przez mojego męża, w dodatku w tajemnicy. Miałam fantastyczną i przepyszną niespodziankę. Jestem też fanką wszelkich sosów do ryb i dziś chciałabym polecić właśnie jeden z moich sosów: serowo - porowy. Najbardziej sprawdza się do ryb słodkowodnych, które mają bardziej "rybi" posmak, ale urozmaici również rybę morską.

Składniki dla 4 osób:

4 porcje smażonej ryby
0,5 l śmietany
1 ser camembert
2 pory
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Pokrojone w plasterki pory udusić. W oddzielnym garnku zagotować śmietanę i rozpuścić w niej ser tak, aby nie było grudek. Doprawić do smaku solą, pieprzem i startą gałką muszkatołową. Dodać uduszone wcześniej pory. Wszystko wymieszać. Podaną na talerzu rybę polać sosem lub przełożyć sos do sosjerki, aby każda osoba mogła sama nałożyć odpowiednią dla niej ilość sosu.
Sos jest na tyle delikatny, że nie zdominuje ryby, a raczej podkreśli jej smak.


sobota, 19 listopada 2011

Śniadanie dla małych niejadków

Wielu rodziców zna na pewno ten poranny koszmar, który zaczyna się zwykle od słów "nie chcę kaszki", "nie lubię mleka", "nie będę tego jeść". Potem zaczyna się namawianie na zjedzenie choć łyżeczki kaszki i bieganie za dzieckiem z miseczką lub kanapką, żeby wcisnąć mu do ust choć kęs, który będzie potem żuło przez kolejne pół godziny. Takie śniadania nie są przyjemnością ani dla rodziców, ani dla dziecka. A wystarczy trochę wyobraźni i ze zwykłego śniadania można zrobić na prawdę fajną zabawę.
Najprostszy pomysł to jajko sadzone, które wcale nie musi bezładnie rozlewać się na patelni. W sklepach dostępne są rozmaite formy, do których na patelni wbija się jajko, aby miało ciekawy dla dziecka kształt. My mamy "męskie" auto, ale widziałam także serca, kwiatki czy gwiazdki.



Kanapki to nie tylko pieczywo posmarowane masłem, na którym kładziemy wędlinę lub ser. Można na nich wyczarować rozmaite obrazki: twarze, łódki czy telefon. Na pewno maluch chętniej zje taką ozdobną kanapkę, a jej przygotowanie nie zabiera dużo więcej czasu niż zrobienie "zwykłej" kanapki.


Na śniadanie na wesoło idealnie nadają się jajka na twardo. Mogą posłużyć do wykonania fajnych i prostych potraw, które zachwycą każde dziecko. Mogą to być myszki, łódki, jeżyki czy cokolwiek innego, co podsunie nam wyobraźnia. W każdej lodówce znajdą się na pewno składniki, które pozwolą na wyczarowanie czegoś niezwykłego dla najbardziej wymagających brzuszków. 


Fajnym pomysłem jest wciągnięcie maluchów do zabawy i wspólne przygotowanie śniadania. Zrobione własnoręcznie na pewno bardziej będzie im smakowało. Polecam szczególnie na rodzinną sobotę lub niedzielę. 
Część pomysłów podpatrzyłam w telewizji Mini Mini+, którą ogląda mój starszy synek, pozostałe to moja wyobraźnia. Myślę, że każdy rodzic ma nieograniczoną ilość takich koncepcji. Teraz np. przyszły mi do głowy zimowe kanapki z bałwankami wykonanymi z twarogu. Nos może być z kawałka marchewki, oczy z pieprzu, kapelusz z kawałka pomidora lub ogórka, a miotła z natki pietruszki. Może być też kanapka z autem z twarożku, którego koła będą z plasterków rzodkiewek lub ogórka. Możliwości jest mnóstwo. Codziennie można wyczarować coś innego. Ograniczeniem jest jedynie nasza wyobraźnia i zawartość lodówki.


piątek, 11 listopada 2011

Na Świętego Marcina najlepsza gęsina

11 listopada to przede wszystkim Święto Niepodległości, ale dniu temu patronuje także Św. Marcin. Co roku w Poznaniu na ul. Święty Marcin odbywają się sięgające tradycją jeszcze czasów średniowiecznych imieniny ulicy z barwnym pochodem. Specjalnie na tę okoliczność piecze się rogale świętomarcińskie z nadzieniem z białego maku, które tego dnia w Wielkopolsce cieszą się takim powodzeniem jak pączki w Tłusty Czwartek.
W polskiej tradycji kulinarnej 11 listopada piekło się gęś. Zwyczaj ten sięga XVII w. i wziął się od tradycyjnego końca tuczu gęsi. Właśnie od listopada zaczynało się ich spożycie, zaś 11 listopada koniec tuczu obchodzono w sposób odświętny piekąc gęś i spożywając ją w rodzinnym gronie. Do dziś funkcjonują przysłowia z tym związane: "Na świętego Marcina dobra gęsina" czy bardziej drastyczne "Święto Marcina dużo gęsi zarzyna". Zwyczaj ten znany jest również w innych krajach Europy i związany jest z kultem Św. Marcina z Tours (316-397).
Historia splotła zwyczaj pieczenia gęsi z narodowym świętem i dzięki temu tak jak Amerykanie mają swoje indyki na Święto Dziękczynienia tak Polacy na Święto Niepodległości powinni przygotowywać gęś. Uważam, że takie tradycje powinno się pielęgnować. My jedliśmy dziś całą rodziną gęś przygotowaną przez moją mamę według przedwojennego przepisu:

gęś
majeranek
10 dag cebuli
1 kg jabłek
8-10 dag masła
sól

Tłustą młodą gęś wymyć, wymoczyć, osuszyć płótnem, a na godzinę przed pieczeniem osolić, natrzeć majerankiem, nakłaść w nią jabłek, zaszyć i piec na rożnie lub w piekarniku (w temperaturze 180-200 stopni) 2-3 godz., podlewając z początku wodą, potem sosem z brytwanny. Na dopiekaniu posypać krajaną w talarki cebulą, a gdy się ta zrumieni, rozebrać gęś, ułożyć na półmisku, najpierw
części grzbietowe, na wierzchu udka i piersi, poczem naokoło obłożyć tem, czem była nadziana i polać sosem. Do gęsi podaje się buraczki lub kapustę na kwaśno.
(M. Gałecka, H. Kulzowa, "Kuchnia polska", wyd. IV, Warszawa 1934 r.)

wtorek, 8 listopada 2011

Dobra Kasza... Moja

Zakopane "Dobra Kasza Nasza" - luty 2011 r.

W miejscu słynnego "Poraju" w Zakopanem jest teraz restauracja o nazwie "Dobra Kasza Nasza". Obszerne "plastikowe" wnętrze i zbyt głośna muzyka w niczym nie przypominają klimatycznej, ciasnej salki "Poraju", który bardzo lubiłam. Do odwiedzenia lokalu podczas mojej ostatniej wizyty w Zakopanem skusiło mnie jednak menu, w którym znaleźć można kilka rodzajów kaszy zapiekanej w piecu. Nigdy wcześniej takiej nie jadłam, więc postanowiłam spróbować i... zachwyciły mnie te kasze. Fantastyczne zestawienie składników, do tego doskonale dobrane sosy - po prostu pycha. Takie kasze są doskonałą alternatywą dla modnych od kilku lat makaronów. Po pierwsze są zdrowsze, a po drugie bardziej zakorzenione w polskiej tradycji kulinarnej.
Zainspirowana kaszami, które jadłam w restauracji "Dobra Kasza Nasza" postanowiłam przygotować coś podobnego w domu. Tylko ja swoich kasz nie zapiekam w piecu, ale robię je na patelni i również są fantastyczne w smaku. Dotąd wypróbowałam trzy rodzaje kaszy z bogatego menu restauracji, modyfikując jednak nieco składniki w stosunku do oryginałów.

Pierwsza to kasza gryczana z boczkiem, cebulą i suszonymi śliwkami. Boczek (wędzony) trzeba podsmażyć na patelni, następnie dodać pokrojoną w półtalarki cebulę, a kiedy się zrumienią dodać pokrojone suszone śliwki. Dołożyć wcześniej ugotowaną kaszę i wszystko wymieszać. Doprawić solą, pieprzem i rozmarynem. Do tej kaszy doskonale pasuje sos barbecue.


Druga to kasza jęczmienna z białą kiełbasą, cebulą i jabłkiem. Gotowaną białą kiełbasę (np. z żurku) pokroić na plasterki i podsmażyć na patelni. Dodać pokrojoną w półtalarki cebulę. Pod koniec smażenia dodać pokrojone w kostkę jabłko, najlepiej kwaśne. Trzeba pamiętać, aby wówczas już zbyt długo nie smażyć, bo jabłko bardzo szybko mięknie i może się rozpaść, a powinno być w kawałkach. Dołożyć wcześniej ugotowaną kaszę i wszystko wymieszać. Doprawić solą, pieprzem i majerankiem. Do tego dania pasuje z kolei sos chrzanowy.


Trzecia to kasza sezonowa - jesienna z dodatkiem dyni i piersi z indyka. Nowość w karcie zakopiańskiej restauracji. Nie jadłam w lokalu, ale postanowiłam wypróbować w domu. Pierś z indyka pokroić w kostkę i usmażyć na patelni. Dodać pokrojoną w półtalarki cebulę. Pod koniec smażenia dodać pokrojoną w kostkę dynię i tak jak w przypadku jabłka smażyć jeszcze chwilę aż dynia zmięknie, ale nie rozpadnie się na papkę. Dołożyć wcześniej ugotowaną kaszę jaglaną (ja dziś niestety nie miałam jaglanej i zastąpiłam ją jęczmienną) i wszystko wymieszać. Doprawić solą, pieprzem i mieszanką majeranku oraz ziół prowansalskich. Podawać z sosem czosnkowym.


Ja do wszystkich swoich kasz dodatkowo serwuję zsiadłe mleko lub kefir. Wówczas obiad ma bardziej swojski, wiejski wyraz.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Marynowana dynia nie tylko do mięsa

Wczoraj wspomianłam o marynowanej dyni i zaraz posypały się prośby o podpowiedź jak ją wykonać. Ja dynię przeznaczoną do marynowania kroję w kostkę. Specjalnie nie podaję ilości, bo każdy sam decyduje, ile słoików chce zrobić na zimę. Ja zazwyczaj w ciągu całej zimy zużywam trzy, góra cztery słoiki. Gotuję ją na półtwardo. Trzeba naprawdę bardzo pilnować, aby się nie rozgotowała. W oddzielnym garnku przygotowuję marynatę z wody i octu (w proporcjach 2:1), z dodatkiem soli, cukru (do smaku) i goździków (ok. 3-4 szt. na słoik). Można dodać także wanilię w laskach (1 laska na słoik), ale ja nigdy tego nie praktykowałam. Wszystkie składniki trzeba zagotować. Odsączoną, ostudzoną dynię przekładam do wypasteryzowanych słoików i zalewam gorącą marynatą. Zakręcam słoiki i już nie pasteryzuję. 


Marynowana dynia to fantastyczny dodatek do mięs, ale nie tylko. Jest rewelacyjna także do sałatek. Jedna z moich ulubionych to właśnie sałatka z marynowaną dynią i kurczakiem. To przepis mojej koleżanki z liceum, a ja robię tę sałatkę nieprzerwanie od momentu, kiedy skosztowałam ją po raz pierwszy ponad 10 lat temu! 

Składniki:

1 słoiczek dyni marynowanej (jeśli ktoś nie marynuje dyni sam, to może być również kupna)
1 pomarańcza
25 dag piersi z kurczaka – ugotowana lub upieczona
1 czerwona cebula
1 puszka kukurydzy
3 łyżeczki posiekanych orzechów laskowych
2 łyżki rodzynek

Sos:
½ szklanki jogurtu naturalnego
3 łyżki majonezu
½ łyżeczki musztardy
Sól
Pieprz

Pierś kurczaka i pomarańczę pokroić w kostkę, cebulę w plasterki. Dodać dynię, kukurydzę, orzechy i rodzynki i zalać sosem. Wymieszać. Idealna na przystawkę. 

niedziela, 6 listopada 2011

Jesienny makaron z dynią

Listopad to czas zbiorów dojrzałych, soczystych dyń. Można z nich wyczarować rozmaite potrawy i przetwory. Ja co roku robię marynowaną do słoików na zimę, która potem idealnie nadaje się do mięsa. 
Wczoraj mój mąż spędzał cały dzień poza domem, a ja umówiłam się na obiad z koleżanką. Pomyślałam, że na takie babskie pogaduchy idealny będzie makaron. Kiedyś moja przyjaciółka ugościła nas pysznym makaronem z dynią (przepis był z jakiejś kolorowej gazety), a ponieważ koleżanka, z którą się umówiłam jest wegetarianką, uznałam że taki makaron będzie idealny na nasze spotkanie. Nie pomyliłam się - wyszedł fantastycznie!

Składniki na 2 porcje:

makaron penne
1/2 małej dyni
1/2 filiżanki płynnej śmietanki 18%
5 łyżek masła
3 szalotki lub czerwona cebula
4 łyżki tartego parmezanu
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

Dynię trzeba obrać i oczyścić z pestek. Pokroić w kostkę. Na patelni, na małym ogniu rozpuścić masło, dodać pokrojone cebulki, doprawić solą i dusić je powoli, pod przykryciem około 10 minut, nie zrumieniając. Dodać pokrojoną dynię i doprawić szczyptą startej gałki muszkatołowej. Przykryć i dusić powoli aż dynia będzie miękka pamiętając jednak o tym, że dynia szybko się gotuje i trzeba uważać, aby jej nie rozgotować na papkę. Dodać śmietankę, 2 łyżki parmezanu oraz przyprawić solą i pieprzem. Jeśli sos jest zbyt gęsty dodać odrobinę gorącej wody. Do sosu dodać ugotowany makaron. Wymieszać, rozłożyć na dwa talerze i posypać pozostałym parmezanem.

Do takiego makaronu bardziej pasuje białe wino, ale moja koleżanka na stałe mieszka we Francji i przywiozła fantastyczne wytrawne czerwone wina, więc piłyśmy wyśmienitego burgunda.

sobota, 29 października 2011

Sałatka nordycka

Ostatnio kilkoro znajomych powiedziało mi, że prezentuję na blogu same kaloryczne potrawy. Zapytali, kiedy przygotuję jakąś sałatkę. Zatem dziś będzie sałatka nordycka. Jedna z moich ulubionych. Świetnie nadaje się na przystawkę lub na lekki obiad. Jest też bardzo prosta w wykonaniu i przygotowanie nie zajmuje wiele czasu. I ma fantastyczny smak.

6 porcji sałatki nordyckiej
Składniki:

sałata
śledzie w occie
wędzony łosoś
pomidor
świeży ogórek
sos vinegret (oliwa, sok z cytryny, sól, pieprz, odrobina musztardy)
majonez

Na liściu sałaty ułożyć plaster łososia oraz plaster śledzia. Ryby przykryć plasterkami pomidora i ogórka. Można także dodać jajko na twardo - również pokrojone w plasterki (ja wolę wariant bez jajka). Polać wszystko sosem vinegret oraz zrobić kleks z majonezu (mała łyżeczka w zupełności wystarczy). Przykryć drugim liściem sałaty i znów ułożyć ryby i warzywa oraz polać sosem i ozdobić majonezem. Jest to porcja dla jednej osoby, bowiem sałatkę je się nakładając na talerz całą taką dwuwarstwową konstrukcję, którą kroi się jak tort - przez obie warstwy.
Moja mama na każdej z warstw kładzie jeden gatunek ryby - na dole śledzie a na górze łososia, ja jednak wolę, aby oba gatunki ryby były na obu warstwach.
Polecam nie tylko wielbicielom ryb.

poniedziałek, 24 października 2011

Kotlety po kowalsku

Kotlet schabowy uchodzi za typowo polskie danie. Zwłaszcza z ziemniakami i zasmażaną kapustą. Kojarzy mi się jednak zwłaszcza z zimową porą. Może dlatego, że zasmażaną kapustę robi się zazwyczaj wtedy, kiedy mniej jest świeżych warzyw i kiedy organizm zaczyna potrzebować bardziej kalorycznych potraw na chłodniejsze dni. Jest to też obiad, który bardzo kojarzy mi się z dzieciństwem. Moja mama przygotowywała najczęściej klasyczne obiady, zaś jej schabowe były grube, ale jednocześnie miękkie i soczyste. Sama ostatnio rzadko smażę kotlety schabowe, a dziś postanowiłam przygotować je trochę inaczej, według receptury, której nauczył mnie mąż. Dziś sam już nie wie, skąd zna ten przepis. To kotlety po kowalsku, czyli doskonała propozycja dla wszystkich, którym znudziły się klasyczne schabowe.
Bazą dla tego dania są tradycyjne kotlety schabowe. Ja mięso nacieram solą, pieprzem i majerankiem i dopiero obtaczam w jajku i bułce tartej. Gdy kotlety będą się smażyć, na oddzielnej patelni należy podsmażyć pokrojoną w kostkę cebulę i  gdy będzie miękka i rumiana położyć ją na kotlety (pod koniec ich smażenia). Na cebulę nakładamy jeszcze po łyżeczce majonezu i keczupu i wszystko posypujemy tartym żółtym serem. Smażymy jeszcze chwilę pod przykryciem, aby ser się roztopił i podajemy np. z frytkami lub opiekanymi ziemniakami. W internecie można znaleźć różne inne warianty kotletów po kowalsku - z dodatkiem szynki, pieczarek czy curry. Ponieważ nie znam rodowodu tej potrawy, trudno mi powiedzieć, który przepis jest najbardziej zbliżony do oryginału. Kotlety mojego męża smakują wszystkim, nawet naszym rodzicom, których nie zawsze łatwo jest przekonać do kulinarnych nowinek.
Oj, chyba faktycznie idzie ochłodzenie...

niedziela, 23 października 2011

Bemowski Jarmark Ludowy w parafii Św. Łukasza Ewangelisty

Rękodzieło w karmelu - lizaki z Hajnówki

Miesiąc temu pod bemowskim ratuszem odbył się piknik kulinarny pod nazwą "Smaki Mazowsza". Myślałam wówczas, że zastapił on podobny festyn, który co roku w zbliżonym terminie odbywał się w pobliskiej parafii Św. Łukasza Ewangelisty. Tymczasem parafialny Bemowski Jarmark Ludowy, nieco przesunięty w czasie, odbył się dzisiaj. Stoisk było niestety dużo mniej niż na imprezie zorganizowanej przez samorząd, ale i teren, na którym były wystawione jest dużo mniejszy niż pod ratuszem. Przeważało rękodzieło, ale było także trochę wystawców z żywnością. Były m.in. trzy stoiska z serami (jedno tradycyjnie już z serami korycińskimi oraz dwa z góralskimi) i podobna mniej więcej liczba sprzedawców wędlin. Królowały jednak wszelkiego rodzaju słodkości, których bardzo brakowało podczas pikniku samorządowego. Były liczne ciasta, ale także wykonane ręcznie według tradycyjnej receptury lizaki aż z Hajnówki. Zachwycały nie tylko kształtami i kolorami (były barwne koguty, muchomory, kwiaty i czerwone serduszka), ale także smakiem przywodzącym na myśl lizaki, które pamięta się z dzieciństwa. Bez konserwantów i chemii.
Stoisko pod patronatem parafii Św. Łukasza Ewangelisty
Domowe ciasta oferowało stoisko pod patronatem parafii Św. Łukasza Ewangelisty. Słodycze piekły parafianki. Niektóre z ciast były niezwykle pracochłonne. Były nawet babeczki, które samodzielnie upiekł ok. dziesięcioletni chłopiec. Wszystkie można było kupić zarówno na wynos, jak i skosztować na miejscu, bowiem stoisko było zaopatrzone w papierowe talerzyki, a nawet w termosy z kawą i herbatą do ciasta. Na stoisku parafialnym można było także kupić domowe pierogi, które również dostępne były i na wynos, i odgrzewane bezpośrednio na miejscu. Na gorąco można było zjeść także karkówkę z grilla. Pachniała przepysznie, jednak skusiłam się na pierogi oraz cztery kawałki bardzo smacznych ciast. Cały dochód ze sprzedaży wyrobów kulinarnych dostarczonych przez parafian będzie przekazany na budowę kościoła (stary zabytkowy drewniany kościółek spalił się w 2004 r.).
Słodkie cegiełki na budowę kościoła to parafialna tradycja. Przed każdymi świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy prowadzona jest sprzedaż ciast i wyrobów z czekolady. Początkowo piekły je parafianki jak na dzisiejszy piknik, jednak zainteresowanie było tak ogromne, że obecnie wypieki zamawiane są w jednej z warszawskich cukierni - od lat w tej samej i są tak fantastyczne, że dziś już nie potrafię sobie wyobrazić Wielkanocy bez mazurka kajmakowego kupionego w kościele.

sobota, 22 października 2011

Czas jesiennych ognisk

Jesień ma dla mnie smak dojrzałych jabłek i słodkich śliwek. Ma też zapach ogniska z palonych, dopiero co zgrabionych liści. W takim ognisku cudownie pieką się ziemniaki i kiełbasy na patyku. Można na nim także ugotować lub tylko podgrzać zupę!

Tradycyjna kiełbasa z ogniska
Zupa gotowana na ognisku
Jednak moją ulubioną potrawą z ogniska jest tzw. kociołek. Nie wiem dokładnie, z jakiej części Polski moda na kociołki przywędrowała na Mazowsze, ale chyba ze Śląska. W moim menu zaistniał dzięki koledze z Lublina. Danie nie jest skomplikowane, ale trochę pracochłonne. W żeliwnym naczyniu nasmarowanym tłuszczem i wyłożonym liśćmi kapusty układa się naprzemiennie pokrojone w plasterki ziemniaki, marchewkę, wędzony boczek (boczek kroję w kostkę, choć można wkładać go do naczynia także w plastrach), cebulę i kiełbasę, następnie znów ziemniaki itd. aż kociołek będzie pełny. Od góry również trzeba przykryć liśćmi kapusty i dopiero pokrywką. Poszczególne warstwy soli się. Dodatkowo można użyć także pieprzu lub ziół (do posypania ziemniaków idealnie nadaje się rozmaryn). W sklepach są specjalne przyprawy do kociołków, ale ja staram się nie używać tego typu gotowych mieszanek. Moja koleżanka, która pochodzi z miejscowości położonej na pograniczu Zagłębia Dąbrowskiego i Małopolski (a więc w rejonie, gdzie najpewniej narodziła się ta potrawa) mówiła mi, że w jej stronach jedną z warstw stanowiły dodatkowo buraki, ale ja nigdy nie próbowałam ich dodawać do swojego kociołka. Czas trzymania kociołka w ognisku (najlepiej w żarze) zależy od wielkości naczynia. Nasz kociołek jest nieduży, więc wystarczy ok. 20-30 min. Większe gotuje się nawet do 1-1,5 godz. Na rynku dostępne są rozmaite żeliwne naczynia - kociołki specjalnie do gotowania potraw w ognisku. Wspomniana koleżanka opowiadała mi, że w jej stronach używano zwykłych garnków, w których warzywa i wędliny przykrywano najpierw papierem, a następnie darnią (ziemią do góry) i pod taką przykrywką wkładano do ogniska. To bardzo ciekawe i pionierskie rozwiązanie.

Kociołek tuż po wyjęciu z ogniska
Przed podaniem trzeba w kociołku wymieszać wszystkie warstwy
Małopolska wersja kociołka przykrytego darnią
W Małopolsce jedną z warstw kociołka stanowią buraki
Ognisko może być również fantastyczną alternatywą dla grilla. A to za sprawą rusztu przypominającego barbecue (barbeque). Ruszt stawia się nad delikatnym płomieniem i na nim można kłaść wszystko to, co zazwyczaj przygotowujemy na grillu: kiełbasy, kaszanki, karkówkę, ryby czy żeberka. Potrawy mają jeszcze lepszy smak niż te grillowane, bowiem uzyskują specyficzny "dymny" aromat. I są dużo zdrowsze, ponieważ pieczone na drewnie.

Nasze ogrodowe barbecue
Na ognisku nie może zabraknąć również słodyczy. Na deser najlepiej nadają się znane szczególnie z amerykańskich filmów pianki marshmallows. Są potwornie słodkie, ale przepyszne. Ja najbardziej lubię te, które można kupić w sieci sklepów Lidl podczas dni poświęconych kuchni amerykańskiej (zazwyczaj w czerwcu). Zawsze kupuję większy zapas, aby wystarczyły na całe lato. Tegoroczne lato było deszczowe, więc nie paliliśmy wielu ognisk, dlatego dziś, na pożegnanie sezonu działkowego pianki musiały być obowiązkowo.

Pyszne pianki marshmallows

niedziela, 16 października 2011

Holenderski stamppot

Moja przyjaciółka spędziła niedawno dwa tygodnie w Holandii i przywiozła stamtąd mnóstwo kulinarnych souvenirów. Kiedy umówiłyśmy się na obiad pomyślałam sobie, że skoro mamy degustować holenderskie sery i słodycze, to może przygotuję obiad po holendersku. Niestety kuchnia tego kraju nie jest zbyt popularna w Polsce, więc sporo się naszukałam ciekawych przepisów. Przypomniałam sobie, że lata temu w magazynie "Podróże" Marek Łebkowski prowadził kolumnę pt. "Świat od kuchni", a w niej ciekawe i często humorystyczne kulinarne felietony z podróży po świecie uzupełnione przepisami na potrawy charakterystyczne dla danego kraju. Przez kilka lat gromadziłam te przepisy w jednym z moich segregatorów z przepisami z gazet i teraz wycinek o kuchni holenderskiej (z 2003 r.) przydał się jak znalazł.
Spośród czterech przepisów wybrałam stamppot, który jest narodowym daniem w Holandii. W uproszczeniu można powiedzieć, że to pure ziemniaczane z dodatkiem... no właśnie czego? W przepisie przytoczonym przez Marka Łebkowskiego jest jarmuż, ale przeglądając przepisy na stamppot w internecie spotkałam także wersje z innymi "zielonymi" warzywami. Była kapusta pekińska, zwykła biała kapusta, szpinak, a nawet cykoria. Niestety nie miałam kogo zapytać o oryginał, więc zrobiłam tak jak w przepisie - z jarmużem.

Składniki na 4-6 osób:

1,5 kg ziemniaków
60 dag jarmużu
40 dag cebuli
włoszczyzna
60 dag surowego boczku
40 dag wędzonej kiełbasy
2 liście laurowe
1 łyżka mąki ziemniaczanej
1 łyżka przecieru pomidorowego
10 dag masła
sól
pieprz

Włoszczyznę, cebulę i ziemniaki umyć, obrać, opłukać. Cebulę pokroić na plastry. Boczek zrumienić ze wszystkich stron, zdjąć z patelni, na wytopionym tłuszczu zrumienić połowę cebuli, przełożyć ją do garnka, dodać boczek, kiełbasę, włoszczyznę, liście laurowe i przecier. Zalać 1 l wody i gotować 1 godz. na małym ogniu.
Boczek i kiełbasę wyjąć i pokroić na kawałki. Wywar przecedzić, mocno odciskając warzywa, odparować do objętości 300 ml, doprawić, dodać mąkę rozpuszczoną w 3 łyżkach zimnej wody i gotować aż sos zgęstnieje.
Ziemniaki, pozostałą cebulę, opłukany jarmuż zalać wrzątkiem, osolić, gotować 20 min., odcedzić, utłuc i wymieszać z masłem.
Na talerzach kłaść porcje ziemniaków, robić w nich wgłębienie, wlewać w nie sos. Podawać z kiełbasą i boczkiem. 


Zazwyczaj, gdy odwiedzają nas goście do obiadu serwuję wino. Jednak do tej potrawy lepiej niż wino smakuje piwo. Holenderskie, oczywiście.

sobota, 8 października 2011

Smaki dzieciństwa: zapiekanka mojej mamy

Każdy ma chyba takie smaki, które zawsze kojarzą się z dzieciństwem i maminą kuchnią. Dla mnie taką potrawą jest zapiekanka z kurczakiem, pieczarkami i curry. Mama nazywała ją "risottem", choć nie ma ona nic wspólnego z techniką przygotowania oryginalnego włoskiego risotta, jednak jej podstawowym składnikiem jest ryż. Zapiekanka robiona przez mamę prawie zawsze zapowiadała wizytę gości, ponieważ najczęściej mama robiła ją, gdy rodziców odwiedzali znajomi. A my z siostrą z utęsknieniem czekałyśmy na te dni, bowiem było to jedno z naszych ulubionych dań. Moja siostra do dziś przybiega do mnie zawsze, kiedy robię tę zapiekankę. Dziś śmiała się, że chyba czytam w jej myślach, bo wczoraj akurat miała ogromną ochotę na tę zapiekankę naszej mamy.

Do jej wykonania potrzebne są:

1,5 szklanki ryżu
4 udka kurczaka
2 cebule
ok. 0,5 kg pieczarek
curry
sól
pieprz
miękki żółty ser
Ryż trzeba ugotować, zaś udka, cebulę i pieczarki usmażyć. Usmażone udka pokroić i wymieszać z ryżem, cebulą i pieczarkami. Do smaku przyprawić solą, pieprzem i curry. Ilość curry zależy od preferencji osoby, która przygotowuje zapiekankę. Ja wolę więcej, żeby była bardziej aromatyczna. Robię tę zapiekankę od lat i ostatnio odnoszę wrażenie, że curry dostępne na polskim rynku jest zwietrzałe i bez smaku. Kiedyś wystarczyły dwie łyżki i zapach przyprawy czuć było w całym domu. Dziś dodałam dwie torebki dwóch różnych firm, aby uzyskać pożądany aromat, ale to i tak nie był ten smak, który pamiętam z dzieciństwa. Wówczas mama używała curry przywożonego z Francji. Miało mniej kurkumy, więc było bardziej brązowe niż żółte i było naprawdę intensywne w smaku. Tylko raz udało mi się kupić podobne - przywiozłam je z wakacji w Egipcie (kupiłam na bazarze w Kairze odważane bezpośrednio z worka, a nie porcjowane w papierowe torebki). 
Gdy wszystkie składniki będą wymieszane, całość trzeba przełożyć do żaroodpornego naczynia i posypać tartym żółtym serem. I znów ilość sera jest zależna od tego, czy ktoś woli więcej czy mniej. Ważne, aby ser przykrywał cały ryż, bo gdy się roztopi utworzy od góry smaczną ciągnącą warstwę. Zapiekać w piekarniku nagrzanym do 180 stopni ok. 30-45 min.



Mama miała rację: zapiekanka idealnie sprawdza się podczas kameralnych przyjęć. Kameralnych, ponieważ jedno pełne naczynie żaroodporne wystarczy dla 4-6 osób w zależnosci od apetytu. 

niedziela, 2 października 2011

Pełna witamin sałatka owocowa

Gdy ze wszystkich stron atakują wirusy, trzeba jeść jak najwięcej witamin. I najlepiej wcale nie takich z apteki, tylko zawartych w świeżych owocach. Najlepsze są polskie owoce sezonowe jak śliwki czy świeże jesienne jabłka. Ja jednak dziś zatęskniłam za egzotycznymi smakami lata i postanowiłam zrobić sałatkę owocową.
Nigdy nie przepadałam za sałatkami owocowymi, bo zazwyczaj były to po prostu pokrojone w kostkę lub plasterki i wymieszane owoce południowe. Jednak kiedy byłam jeszcze w liceum jedna z moich przyjaciółek na któreś swoje urodziny czy imieniny przygotowała sałatkę owocową, której smak na długo zapadł mi w pamięć. Niby taka sama jak wszystkie, a jednak... Okazało się, że diabeł tkwił w sosie! Tak na prawdę przecież przy tego typu sałatkach panuje bardzo duża dowolność, jeśli chodzi o dobór i proporcje owoców.

Ja dziś użyłam:

1 puszkę ananasów
1 puszkę brzoskwini
3 banany (dodaje się je na samym końcu, bo bardzo ciemnieją)
1 jabłko
2 pomarańcze
3 owoce kiwi
płatki migdałów
orzechy włoskie
rodzynki.
















No i sos (w smaku przypomina deser zabaione):

3/4 szklanki przegotowanego i ostudzonego mleka (jeśli owoców jest dużo można dać więcej mleka, ale nie więcej niż szklankę)
2 żółtka
cukier lub miód do smaku (miód jest smaczniejszy i zdrowszy).

Wszystkie składniki zmiksować, wlać do owoców i wymieszać.

Pyszności!